Jak polscy kurierzy walczą o swoje prawa w Niemczech | europejski | DW

Najgorszy moment nadszedł po czterech nocach w lesie. Przemoczeni deszczem, zmęczeni i głodni udali się do Caritas po pomoc i wziąć prysznic. „Przed Bożym Narodzeniem sam rozdawałem żywność potrzebującym w Polsce” – mówi Wojciech Szumlak. Teraz był po drugiej stronie obrazu: „Nie wiedziałem, że coś takiego może mi się przytrafić w Niemczech”.

Uważa się, że za tę sytuację odpowiada firma Lohof Transport z Eisenach w Turyngii, w której Szumlak znalazł się z dwunastoma innymi mężczyznami. Mężczyźni dostarczają przesyłki dla tej firmy od początku kwietnia. Pozbawieni pensji zrezygnowali w połowie maja, po czym zostali zmuszeni do opuszczenia mieszkania zapewnionego przez pracodawcę. Zostały im tylko kluczyki do samochodów służbowych, które zachowali jako zabezpieczenie i dźwignię.

„Kiedy pojechaliśmy do Polski, wiedzieliśmy, że więcej pieniędzy nie zobaczymy” – powiedział DW jeden z mężczyzn. Grupa mieszkała w lesie przez cztery dni. Musieli kilkakrotnie tłumaczyć się policji, ponieważ pracodawca oskarżył ich o kradzież samochodu. Musieli zdobyć pieniądze na przeniesione jedzenie od ich rodzin w Polsce.

Polska prasa bije na alarm

Sytuacja poprawiła się dopiero po tym, jak polska gazeta „Gazeta Wyborcza” poinformowała o sprawie 26 maja. Historia mieszkających w lesie przewoźników szybko rozprzestrzeniła się w mediach społecznościowych i dotarła do firmy transportowej GLS, w której imieniu Lohof Transport dostarczał przesyłki.

Noc w lesie: polscy robotnicy wreszcie znaleźli pomoc w Caritas

GLS zakwaterował polskich pracowników w hotelu. 28 maja doszło do porozumienia między podwykonawcą a kierowcami w siedzibie GLS. – Czekamy na koniec, czyli pieniądze na naszych rachunkach – wyjaśnia Wojciech Szumlak. „To nie koniec do tego czasu.”

DW skontaktował się z dyrektorem zarządzającym Maikiem Lohofem. Wyjaśnił przez telefon, że nie chce odpowiadać na żadne zapytania. Według klienta GLS podwykonawca Lohof Transporte napotkał trudności finansowe. Klient zapewnił teraz płynność finansową podwykonawcy poprzez prefinansowanie.

GLS nie potrafi wyjaśnić, dlaczego polscy kierowcy nie otrzymali żadnych pieniędzy. Rzeczniczka firmy powiedziała jednak, że „niezależnie od nowej wiedzy, firma natychmiast zakończy współpracę z tą firmą transportową”.

Problemy zaczęły się, gdy kierowcy od kwietnia do połowy maja pytali kierowców o niewypłacone zarobki. Wykonawca rzekomo zapewnił ich, że opóźnienie to tylko przejściowy problem. W pewnym momencie menedżer Lohof pokazał im nawet potwierdzenie przelewu, mówią Polacy. Ale pieniądze nigdy nie dotarły.

Dostawca paczek pcha wózek pełen paczek

Doręczanie paczek często narusza przepisy dotyczące godzin pracy (obraz symbolu)

Polscy pracownicy krytykują podwykonawcę za potrącanie pensji od samego początku. „Szef pewnie myślał, że wrócimy do domu bez pieniędzy, ale postanowiliśmy się nie poddawać” – powiedział DW Wojciech Szumlak.

Do 15 godzin pracy dziennie

Podwykonawca Lohof miał rzekomo trzykrotnie informować policję o rzekomej kradzieży swoich samochodów. Polacy za każdym razem wyjaśniali urzędnikom swoją sytuację po angielsku i pokazywali im umowy o pracę. Według niej, podczas spotkania z policją w jej obecności pracodawca przyznał nawet, że pracownicy nie mieli nawet ubezpieczenia zdrowotnego i społecznego.

Czas pracy polskich przewoźników paczkowych wynosił niekiedy 15 godzin dziennie. Był też czas przejazdu 100 km. „Wtedy nasze oczy same się zamknęły”, mówi kierowca.

Mówi się, że jeden z mężczyzn przepracował w kwietniu nawet 340 godzin, co odpowiada około 85 godzinom tygodniowo. Tygodniowy czas pracy różni się w Niemczech w zależności od branży, 40 godzin jest uważane za normę. „Nie wrócił już na noc do domu, ale spał w swoim samochodzie na stacji benzynowej” – powiedział DW jeden z kierowców.

Michael Lemm z Niemieckiej Konfederacji Związków Zawodowych (DGB) nie jest zaskoczony tą sytuacją. „Rzadko słyszymy dobre rzeczy z branży dostarczania przesyłek” – wyjaśnił w wywiadzie dla DW. Naruszenia przepisów o czasie pracy są regułą, a nie wyjątkiem. Jest to możliwe, ponieważ kierowcy samochodów o masie poniżej 2,8 tony nie muszą dokumentować czasu jazdy i odpoczynku.

Główny hub GLS Germany w Neuenstein (Hesja)

Główne centrum GLS Germany znajduje się w Neuenstein (Hesja)

Ponadto, podobnie jak w przypadku Polaków, kierowcy są zatrudniani głównie przez podwykonawców. Związki nazywają to „zorganizowaną nieodpowiedzialność”. „Wielcy klienci mogą od tego umyć ręce” — mówi Lemm. Podejrzewa, że ​​historia Polaków to tylko „wierzchołek góry lodowej” w branży.

stała perspektywa pracy

Związkowiec poinformował Turyński Państwowy Urząd Ochrony Konsumentów o naruszeniach ustawy o czasie pracy. Ponadto sami Polacy skarżyli się celnikom na pracę nierejestrowaną.

Polscy robotnicy w końcu doszli do porozumienia z podwykonawcą w piątek. Na podstawie skrupulatnie ewidencjonowanych godzin pracy podwykonawca zgodził się wypłacić całą zaległą pensję, w tym Polakom, którzy już wcześniej wrócili do domu.

Po zapłaceniu kilkuset euro z góry mężczyźni czekają teraz na resztę pieniędzy. W międzyczasie grupa logistyczna GLS podobno oferowała bezpośrednie zatrudnienie polskim pracownikom.

Czy mężczyźni nadal chcą pracować jako doręczyciele paczek w Niemczech? „Niektórzy z nas są zainteresowani” – mówi Wojciech Szumlak. „Ale najpierw po tym wszystkim odpocznijmy”.

Howell Nelson

„Typowy komunikator. Irytująco skromny fan Twittera. Miłośnik zombie. Subtelnie czarujący fanatyk sieci. Gracz. Profesjonalny entuzjasta piwa”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.